poniedziałek, 13 października 2008
sen grafomana
Pewnemu grafomanowi przyśnił się pisarz. Oczywiście był to pisarz bardzo znany co jest dość logiczną konsekwencją wyrażaną prostym wzorem z którego niezbicie wynika iż im większy grafoman tym bardziej znany pisarz mu się śni. W rzeczy samej komuż miałby się znany pisarz śnić jeśli nie odwrotnie proporcjonalnie zdeterminowanemu grafomanowi. A juz zupełnym nietaktem byłby fakt gdyby taki grafoman przyśnił się listonoszowi. Facet nosi ciężkie torby wypchane pisaniną a tu mu wśrodku nocy wchodzi na wizje takie kilkadziesiąt kilogramów rękopisu. Jak pisarze do pióra tak grafomani szczególnie ci obrastajacy w piórka ciągną do pisarzy. Stoją na dachu i pisarz mówi do grafomana; popatrz na te dachy wszystkie, na te strzechy pod które możesz trafić, tylko pisz i nie daj się na te teksty o grafomanii nabrać, z pisaniem jest jak z bieganiem, nawet zawodowcy mają ciężko na pierwszych kilometrach ale tylko biegnąc mozna mieć nadzieje na finisz. Pisz biegle a nawet przebiegle. Zresztą nie lubię słowa grafomania czy pisanina, wole słowo pisanka bo kojarzy się z wielkanocą. Pisanie z jajem daje nadzieje na zmartwychwstanie. I pyta się pisarz grafomana w tym śnie co go zacząłem opisywać; z jakim momentem życia mój nieopierzony przyjacielu kojarzy ci się twoje pisanie. Pewnie wspominasz moment gdy cała klasa cię oklaskiwała, kiedy rodzice wzruszeni szczerze że oto ich syn, krew z ich krwi, patrz patrz jaki zdolny a jak sobie poradził no no no a nauczycielka jaka była wzruszona, nie mogła uwierzyć że to ten sam uczeń co słowo żołnierz przez rz pisał czym na stałe w kroniki szkolne a nawet międzyszkolne się zapisał. Albo wtedy gdy w ostatniej minucie meczu kiedy twoja drużyna przegrywała i nic juz nie mogło pozornie pomóc jej w zwycięstwie ty w jakiś niezrozumiały i nadludzki sposób strzeliłeś gola i to tak nieoczekiwanego że prędzej……no nie rozpędzajmy się nie rozpędzajmy…. A grafoman lekko speszony że tak niecnie go rozpracowano spuścił oczęta i już już miał posypać głowę popiołem gdy przypomniał sobie tamto zimne jesienne przedpoludnie gdy szedł z nią przez małą mieścinke. Miał zaledwie kilka lat, był mocno przestraszony i trzymał się jej kurczowo gdy nagle kiedy właśnie przechodzili koło grupki ciekawie przygladajacych mu się dzieci - stało się. Ona stanęła jak wryta nie rozumiejąc w pierwszej chwili co się stało. Dzieci zaczęły się śmiać nie tyle złośliwie co raczej speszone całą tą niecodzienna sytuacją która tak nieoczekiwanie na nie spadła a mały grafoman szczerze się rozpłakał a im bardziej płakał tym bardziej się śmiały i cała spirala groteski kręciła jak karuzela do momentu gdy spytała inicjując tym pytaniem ciszę; - a wam nie zdarzyło się nigdy?
złamany pionek
Wstyd się przyznać ale człowiek namiętnie piszący nie ustrzeże się pytania - co by tu jeszcze napisać. Oczywiścnie nie może to być byle co chociażby z szacunku dla siebie ( co się nazywa też w niektórych kręgach szacunkiem dla czytelnika) szuka czegoś głębszego, mocniejszego i przepełnionego duchem. Słowem spirytus.Gdy szukam inspiracji myśli moje wędrują w stronę książek, jednak z mojego dzieciństwa pamiętam szczególnie mocno jedynie katechizmy i książeczki oszczędnościowe które w oczywisty jasny i prosty sposób łączyły w sobie bogatą treść dającą nadzieję na lepsze jutro. Nagle ku mojej uciesze na bezkresnej pustyni intelektualnej dzieciństwa mego pojawia się oaza na której mogę napoić zaniepokojone klacze mej radosnej twórczości, do której mogę zakotwiczyć moją grafomorgane, do której mogę się odwołać, pod opiekę której mogę się uciec, lub co muszę też brać pod uwagę w ruchomych piaskach jej utonąć. Otóż grałem raz z dziadkiem w szachy. Trochę to mało i nawet jak powiem że dziadek dał mi swój order to też będzie mało. Dziadek też był mały ale tylko wzrostem bo wielki był sercem. W kazdym razie rozegraliśmy kiedyś partię szachów.Wiadomo ogólnie że ruch to zdrowie, a gra ta daje mozliwości wykonania wielu finezyjnych i niebanalnych ruchów. Szachy mojego dziadka to była relikwia. Juz samo pudełko było perwersyjne bo zaczynało się od niewłaściwego koloru kratki. Figury też były osobliwe; konie bez głów i jeden ekscentryczny, indywidualny pion nie pasujacy do innych zdegradowaną figurą będący. Prawdopodobnie w przeszłości był wieżą a teraz złamany w pół robił za pionka. Wiadomo że każdy gracz chce grać białymi bo to one własnie otwierają partię jak kiedyś sztandar czerwony, złamany pion był jednak czarny a ja jako miłosierny i wrazliwy chłopiec czułem się zobowiązany do opieki nad nim. Oczywiście była w tym pewna przewrotność bo gdyby pion wziął pod opiekę dziadek miałby on szanse na znacznie dłuższe życie niż to które ja mogłem mu zaoferować. Wytrawny i inteligentny czytelnik od razu wyczuje pismo nosem że kokietuje ale w końcu mi wolno. Jestem dorosły. Teraz w tekście następuje cos czego doświadcza zmęczony podrózny w wolno toczacym się pociągu gdy przechodzi bujającym się mocno przejściem miedzy wagonami. Nie określe dokładnie czy to przejście z wagonu drugiej klasy do pierwszej czy odwrotnie. Pamiętam tylko że chodziłem wtedy do trzeciej klasy więc miałem około dziewięcu lat. Dziadek zasiadł przed szachownicą dość wymownie pomimo tego że był po wylewie i nie potrafił już wtedy mówić. Zaczeliśmy grać. Po kilku ruchach dziadek rzucił mi “podpuche” poświęcając królową by w następnych ruchach zaszachować mnie gładko. Ja oczywiście dokładnie jak przewidział dałem się na to złapać i mało tego że dałem się złapać to jeszcze zdjęty jakimiś wątpliwościami, miłosierdziem czy wstydem że tu chorego dziadka ogrywam zacząłem dziadka uświadamiać że robi błąd i że może się wycofać i takie tam inne żałosne głupoty wyczyniałem w ten czas na dno żenady i dyletanctwa opadając.Trwaliśmy tak chwile patrząc na siebie, dziadek zniecierpliwiony a ja zatopiony w moje megalomańskie sny o wielkości. Młodość kontra doświadczenie i takie tam wróżby z fusów. Potem wszystko potoczyło się już gładko, dziadek wciągnął powietrze i z wielkim trudem ale mocno i dość wyrażnie powiedział; - twój ruch… Ruch wykonałem i dziadek zakończył partię wykańczając mnie jednym ruchem gońca. Trwałem dość długo w zdziwieniu które pamiętam bardzo dobrze i które do dziś leczy mnie skutecznie ze zbytniej pewności siebie, z lekceważenia przeciwnika czy z fascynacji zbyt oczywistymi i prostymi rozwiazaniami. Mógłnym powiedzieć że w trudnych chwilach słyszę głos dziadka mówiący; - twój ruch… ale to nie prawda a zresztą to byłoby chyba zbyt proste i oczywiste….
bielmo pierwotne oka mego
Smakowita historia nie może wszak obejść się bez wątków kulinarnych gdzie zły herszt zbójców mający też rys rewolucyjny Janosika wyzyskuje i gnębi swych chłopów ale też dłońmi o zapachu rąk mego ojca karmi i to karmi w sensie zgoła dosłownym. Tak więc w rytmie dzikich stukotów, tuż obok spoconych i rozsmakowanych w wysiłku ciał gotowych prawie na wszystko, gotowały się różne specjały nęcąc i drażniąc co bardziej wygłodniałych współpracowników niedoli nawet z odległych jednostek. Cudowną organiczność tej sceny uczcijmy minutą ciszy. Nie samym chlebem jednak żyje człowiek i kropla duchowości nie tylko ta wysokoprocentowa spłyneła była w ten czas nieoczekiwanie na nasze nieuczesane głowy grzeszników galerników i innych pokutników technicznych. Do dziś nie jestem pewien czy był to fakt niezbity, dowód namacalny, czy tez może produkt i efekt mojej wyssanej z mlekiem matki głębokiej religijności, ale daje słowo że któregoś pieknego dnia wydarzył się cud a napewno prawie-cud. Był to bardzo mrożny acz słoneczny ranek niedzielny. Zapamiętałem go jako ranek niedzielny (wiekszość z nas w jakiś niewytłumaczlny sposób odróżnia ranek czwartkowy od ranka piątkowego nawet gdyby były one zupełnie identyczne) nie był to jednak ranek niedzielny z prostej tej oto przyczyny że w ranki niedzielne nie pracowaliśmy.Radio grające zwykle jakieś zwykłe proste obertasy za sprawą najprawdopodobniej przypadku czy może blędu czyjegoś zagrało zgoła inaczej, zagrało bosko i nieziemsko. Dziś wiem że był to Bach prawdopodobnie Et resurrexit ale raczej Qui sedes ad dexteram patris. Gdy rozległy się te dżwięki, w pobliskim kościele ewangelickim którego jedynie wieża (wyłaniająca się zza jakiegoś innego budynku dostojności opieki i głebi wiekszej tym samym mu przydajac) była z naszych okien widoczna, odezwał się dzwięk dzwonu. Jakby tego było mało zza finezyjnie zasłoniętego ciężkimi śniegowymi chmurami nieba wystrzelił silny promień słońca który bezceremonialnie wypełnił całe nasze okno wzniosłą światłością i to właśnie w chwili gdy majster (jak sie pózniej tłumaczył wcale nie z wielkiego wzruszenia ale po jakąś upadłą część) ukląkł był na jedno kolano, wsparty o ołtarz pracy swojej którego blat początki ubiegłego wieku pamiętajacy w istocie zapach starych przybytków kultu wszelakiego rozlanych w róznych zapomnianych miejscach przywodził. Na domiar wszystkiego ogromne koło perfektora tak przedziwnie oplotło w tym przyklęku jego głowę że na kształt aureoli promienie słoneczne odbijać poczęło. Scena ta trwała krótką chwilę zaledwie ale w mej głowie nakładając się na wiele wiele bardzo wiele sytuacji tym mocniej w pamięć kliszą swą nieproszoną sie wryła i rozwiać się jakoś nie może. Wszystko to jednak w tamtej chwili rozwiało się jak dym papierosowy który dobywał się z papierosa którego majster na kształt świętych dymów trzymał wciąż przed sobą. Wstał (rzekomo ból w krzyżu poczuwszy) całe misterium nagle kończąc i śladu najmniejszego nie pozostawiając.Radio popadło w swe zwykłe nikczemne rejestry a następnie całkiem zamilkło kłopotliwą ciszę budząc, niebo zaszło ciężkim pokutnym granatem skrywając wieże kościoła za ciężkimi zasłonami. Staliśmy zapatrzeni w ogromną połać śniegu zalegającą cały ogromy dach przed naszymi oknami wygladający teraz (jesli tylko narzuciło mu się odpowiednią skalę) jak ogromne arktyczne lodowe przestrzenie pokonywane przez samotnego wędrowca. Nagle majster rzucił na nieskazitelność tej mrożnej bieli swój niedopałek papierosa który szybko zgasł i zaczął się dymić po czym stygł powoli na naszych oczach. - widzisz - powiedział majster cicho - o to w gruncie rzeczy chodzi w naszym fachu; nie mozna za szybko się wypalić i trzeba umieć w odpowiednim momencie od ust sobie odjąć….
lakoniczność
Schody. Delikatnie skrzypiące między ścianami od początku wygładzanego ręką niemieckich robotników po ostatnie pociągnięcia spreyem młodych skejtów.Moje delikatne kroki, ich kroki przedłużane niewiedzieć czemu do kolan i sprośne dowcipy, równie płaskie jak sto lat wcześniej w przepitych gardłach robotników. Nieznosnie warcząca piła robotnika obcinajacego niewiedzieć czemu zwieńczenia drewnianych słupków podtrzymujących poręcz… Rytuał cosobotniego mycia tych schodów, od tajemniczego strychu przesyconego suchym rześkim powietrzem, po stęchłą piwnicę z tajemnym przejsciem do drugiej części budynku. Nieodparty i nieposkromiony sentymentalizm nekrologów, gry w chowanego, na całej przepastnej przestrzeni strychu, delikatne i pełne trwogi ukradkowe spojrzenia przez małe okienko na świat widziany z góry, ukradkowe spojrzenia na świat apetycznych łydek widzianych z okna piwnicznego, cała symfonia smaków wyczytywana łapczywie z przetworów ubitych w słoje, te przedziwne hibernatory czasu z lakonicznymi datami przyklejonymi do wieczka… Lakoniczność…ale cóż można zobaczyć zza łopaciego styla, pot leje się po plecach mało czasu na oglądanie jeszcze mniej na myślenie… Może też ten specyficzny zapach chleba… który może i teraz z racji pewnej perspektywy uczciwie mówiąc do najwykwintniejszych przeciez nie należał i całe te rozdmuchane i przereklamowane zachwyty czynione na wyrost znacznie juz zwietrzały….ale może beztroska, która powodowała że cały dzień biegało się bez posiłku rzucając się potem na suche skórki i popijając je lurowatą herbatą z zaczarowanego metalowego pudełka rodem z wczesnych lat sześćdziesiątych, tak żałośnie trudna a może nawet niemożliwa już dziś jest do ponownego przeżycia. Dziwny sąsiad oszalały z miłości przed wielu laty wystawiajacy na parapet okna mieszczącego się na pół-piętrze zuzyte opakowania po produktach, wycinki z gazet i bezbłednie wykonane rachunki różniczkowe. Pies który jako pierwszy w moim zyciu brutalnie postawił mnie do parteru swoją ogromną łapą a może zazdrosny motocyklista usiłujacy mnie przejechać dwadzieścia lat póżniej w tym samym miejscu…a może pierwsza i ostatnia samotna noc w tym mieszkaniu… Kuchnia z piecem i tajemnicami które zawsze tak rubasznym tonem mi opowiadała zza progu dzielacych nas pięćdziesięciupięciu lat, i może własnie dlatego nie opowiedziała mi nigdy o tym morzu kostek brukowych, kto układał te tysiąc metrów kwadratowych po których jeżdzą teraz bezmyślnie utyskując na jakość nawierzchni rozleniwieni niedzielni kierowcy, o facecie mocujacym się tak zażarcie z fotelem w swoim nowym aucie, o kobiecie która głośno strofuje swojego agresywnego psa który z przerażajaca dokładnoscią zawsze w tym samym miejscu obszczekuje psa mojego, o facecie który rozmawia ze swoimi dziecmi tak głośno że słysze go pięćset metrów dalej, o tym że tak bardzo latem będzie brakować mi gwiazdozbioru oriona, że zapomnę znów pomysleć co mysli facet pilnujący zza firanki swój nowy samochód, o jego koledze piętro wyżej który notorycznie spuszcza mu z opon powietrze bo kiedyś kochał się w jego żonie, o rękach ludzi którzy układali tą przeklinaną teraz kostkę brukową która w swej różnorodności kształtów, całymi połaciami wystepujacymi urozmaiceniami rozmiarów nie ma sobie równego odpowiednika no chyba że w przyrodzie gdy piękne stojące drzewo usiłuje się przepuścić przez maszynkę liczacą ilość lisci, konarów i wyprodukowanego powietrza podzielonego przez liczbę jego mieszkańców obecnych byłych i przyszłych…
|
Zakładki:
Flygymutra
Moja muzyka
Orfeusz
|